Dykteryjki - Hamulce Net

Przejdź do treści

Menu główne:

Dykteryjki

O nas

Tutaj będą pojawiać sie historie z dawnych lat. Łezka wspomnień byc może się zakręci. Pomysł jest w tej chwili w głowie. Posiedzę w nocy i cos napiszę. Może zilustruję...
Poczatek zrobiony.

W 1985 r. miałem egzotyczną przygodę w Rumunii. Pojechaliśmy w rejon delty Dunaju aby reprezentować Polskę we wciąż jeszcze rządzonej twardą ręką Nicolae Ceasescu, socjalistycznej Rumunii. Pojechałem z wielką przyjemnością, bowiem chciałem przypomnieć sobie sentymentalne podróże wakacyjne z lat szczenięcych. To tam właśnie nad Morzem Czarnym usłyszałem od kilkunastolatniej Carli: "Eu te iubesc", co domyślni przetłumaczą na "Ja cię kocham". A ponieważ miałem wrodzoną łatwośc do nauki języków, więc po kilku wojażach porozumiewałem się po rumuńsku bez większego trudu.
A cóz to ma wspólnego z rajdami ? A właśnie ma.
Była ciemna noc rozświetlona gwiazdami. Wg mapy mieliśmy niewiele kilometrów do naszej bazy w Braili. Niestety, mapa była zbyt optymistyczna.
Asfalt skończył się gwałtownie zaś pomiędzy mokradłami i zaroślami w światłach naszych halogenów widzieliśmy jedynie gliniaste koleiny. Traktorem może bysmy dali radę. Fiatem 125p ? Mowy nie było ! Słuchalismy więc kumkania żab, śpiewu licznych ptaków i zastanawialiśmy się nad planem B. Nagle z ciemności wyłonił się jakiś miejscowy rowerzysta. Uff. No to teraz popiszę się przed Wojtkiem Baranowskim moją znajomością rumuńskiego - pomyślałem. Otwieram szybę i wrzeszczę mniej więcej tak:
Stai ! Care drum duce la Braila ? (Stój, którędy do Braili ?) A tu nagle nasza nadzieja odrzuca rower w krzaki, sam wskakuje w wysokie zielska i tyle sie dowiedzieliśmy. Jakiż mnie wtedy wstyd ogarnął. Co ja mu takiego powiedziałem, że sp...ł w szuwary ? Odpaliliśmy halogeny i wszystko się wyjaśniło. Do roweru doczepiony był spory baniak prawdopodobnie z jakimś samogonem. W tamtych czasach groził naszemu kolarzowi bardzo surowy wyrok. Chyba wziął nas za milicję....
Dyplom z "primul locatul" wciąż mi przypomina o "tamtej" epoce.

44 Rajd Polski. Mistrzostwa Europy Kierowców. 3-5 lipca 1987 r. Baza rajdu we Wrocławiu. Odcinki szutrowe i asfaltowe. Do OS nr 19 załoga Lesław Orski - Lech Wójcik (VW Golf GTi 1.8) walczy o trzecie miejsce w generalce. Za nami Mauro Pregliasco w Lancii Delcie HF.  Odcinek nr 20 Astra długości 17,65 km. Niestety, już na pierwszym krawężniku tracimy prawą tylną oponę. W interkomie dyktowanie przeplata się z dyskusją: "Zmianiamy ? Nie zmieniamy ? ile czasu stracimy na wymianę ? Dojedziemy ?"
Podjęliśmy ryzyko kontynuowania jazdy. Strata do zwycięzcy na mecie wyniosła 2 minuty 51 sekund. Mimo wszystko odnieśliśmy ogromny sukces. Medialny. W telewizyjnej relacji na żywo pokazywano głównie nas...

W latach 80-tych polskie rajdy rozgrywane były głównie na nawierzchniach szutrowych. Nawet Rajd Wisły obfitował w odcinki  przypominające kamieniołomy. Tęskniliśmy za asfaltowym Elmotem, chociaż i ten asfaltowy klasyk miał przygodę z szutrami. 20 lat temu naszym szutrom daleko było do fińskich, czy współczesnych z okolic Mikołajek. Sporo się fruwało, o czym przypomina mi mój kręgosłup.
Drugą różnicę można dostrzec przyglądając się tej fotce. Rajdy były rozgrywane również w nocy !

Wszystko nam się w 1987 roku układało. Kierowca w formie, pilot dyktował w tempo, serwisanci dawali radę, atmosfera lepsza niż w niejednej rodzinie. Nowy sezon zaczynaliśmy Zimowym Dolnośląskim. Zimowy był tylko z nazwy. Lało. Pierwszy oes Jaszkowa Dolna. Nr startowy 7. Przekleta siekiera. Ładny kawał prostej, maleńka hopinka ale przy długiej skrzyni biegów to musiało być koło 200 km/godz. Nagle Golf odrywa się od zalanej deszczem smołówki i lecimy. Trzy baobaby ścięte na drugim metrze od korzeni. Pierwsze szczęście. Klatka, pasy, fotele - wszystko profi, bowiem auto było po Rajdzie Safari i ówczesnym mistrzu Świata. Teoretycznie wytrzymało. Z dziesięć dachów (kto by to liczył), leżymy kołami do góry (jeśli są).

Pytam Leszka wprost czy coś mu jest. Cisza. Cholerna cisza. Nie odzywa się, nie rusza. Ponieważ mnie "film życia" się jednak nie przewinął, to jestem pełen optymizmu. Ale dlaczego jest taka cisza i spokój. Zero kibiców bo na prostej i w deszczu nie stoją. Poruszył wreszcie swoim sumiastym wąsem. Ufff. Czy cos cie boli ? W zwolnionym tempie przesunął ręką w kierunku mostka. Po 15 minutach nadjechały 2 karetki. Jakoś nas odtransportowali do szpitala w Kłodzku i tam lekarzowi dyżurnemu oświadczyłem ambitnie, że nic mi nie jest. Pomagałem techniczce w zrobieniu licznych zdjęć rtg i juz w ciemni dostrzegłem złamanie kompresyjne kręgu Th III. No to nie jest dobrze - pomyślałem. Będzie przerwa w jeżdżeniu. Zacząłem się czuć gorzej, wpadłem na kielicha do knajpy. Znieczulony dotarłem do domu. Zdejmuje spodnie a tu niespodzianka. Pełno krwi. Oba moje talerze biodrowe próbowały przejść przez skórę w wyniku zadziałania pasów bezpieczeństwa. Fioletowa klatka piersiowa była niczym. Jeszcze sie trzymałem. Pojechałem do pracy, poprosiłem o rtg i ... ujrzałem 7 złamanych żeber. No to wtedy poczułem się chory na tyle, że przez 5 tygodni spałem na siedząco. Ale to nie koniec tej opowieści. Zadzwoniłem do brata Leszka zapytać o zdrowie (nie było jeszcze komórek). I tu jeszcze większe zdziwienie. Dowiedziałem się, że tylko obojczyk i takie tam stłuczenia. A kregosłup ? Jaki kregosłup ? - zapytał braciszek. Przecież na własne oczy widziałem złamanie ! I na szczęście zrobiono ponownie rtg gdzie się okazało, że również czwarty piersiowy jest złamany. Na nieszczęście wsadzili Orskiego na pół roku w gorset gipsowy. Razem pojechaliśmy dopiero we wrześniu. W miejscu wypadku pojawiła się kapliczka. "A jeśli już do Ciebie należę to proszę strzeż mnie".

Dokąd prowadzą nasze rajdy ?


"Dokąd prowadzą polskie rajdy ?"

Taki tytuł "sprzedawał" pewien artykuł w poczytnym periodyku motoryzacyjnym w 1994 r. Po 16 latach niewiele zmieniło się na lepsze. Oczywiście poza ilustracją, która jest... o 30 kg cięższa i starsza, a ślepa droga do mleczarni w Zagórzu Śląskim jest drożna, zaś mleczrnia nie istnieje. Ale do rzeczy.

Byłem już troche na przysłowiowym, sportowym aucie. Po życiowych sukcesach i tytułach w 1987 roku, na prawym fotelu u boku Leszka Orskiego i na dokładkę w tym samym roku jako kierowcy wyścigowego, dorzuciłem jakiś tytuł w roku następnym i powiesiłem kask na kołku. W 1991 i 1992 r. nastąpił powrót do wyścigów a moją izbę pamięci wzbogaciły 3 kolejne szarfy.

Poniżej są dwie fotki z 1992 r. Jedna rozbawiła połowę moich koleżanek i kolegów z Facebooka. Dodam, że marynarka Perre Cardin, krawat Yves Saint Laurent, obok mnie Sebastian Lewandowski i Gosia Serbin. Kreatorom ówczesnej mody już dziękujemy. Jak widać nie przyjęła się ;-)


Fotka pokazuje zakręt "uśmiech Szatana" w Poznaniu i na pozór "grzeczny" wyścig, który jednak takim nie był. W istocie na prowadzeniu zmienialiśmy się na każdym okrążeniu i niemal na każdym zakręcie. Wygrana po tak pasjonującej walce smakowała wybornie. Zanaczam, że nie było fauli, ale trochę sobie docinaliśmy. Wszystko to  ramach wielkiej przyjaźni, zwanej dzięki politykom, przyjaźnią szorstką. Poza torem była to najprawdziwsza przyjaźń konsumowana licznymi procentami, okraszona występami na estradach ośrodków wypoczynkowych i knajp. Śpiewaliśmy głownie przeboje Perfektu ;-)
"Lewy" poszedł w lotnictwo i pewnie nikt z pasażerów lecących na wakacje nie orientował się, że za sterami samolotu siedzi... Wyścigowy Mistrz Polski. Gosia Serbin przed wyścigami była utalentowaną pływaczką (Marcin Turski też), pojeździła w wyścigach i... przeniosła się na skutery wodne. Maurycy Kochański tu właśnie stawiał pierwsze kroki a dziś mocno pomaga w komentowaniu i interpretacji Formuły 1 w Polsacie. Jacek Rathe wylądował na prawych fotelach kilku czołowych kierwoców (Robert Herba, Sebastian Frycz). Zagrał też w kilku filmach. Na marginesie powiem, że ja się do kaskaderki kompletnie nie nadaję. Zawsze tuż przed wypadkiem szósty zmysł włącza mi obronną reakcję. To nie dla mnie.

Skąd wyścigowa pasja ? Miałem kilka lat. Ojciez zabrał mnie na lotnisko Lublinek w Łodzi i tam ścigały sie takie samochody, a w tym konkretnym siedział Longin Bielak. W wieku 5, może 6 lat już wiedziałem co będę robić ;-)

A ja ? Ja w 1993 roku dałem sobie spokój. Kupiłem pod koniec roku cywilną Renówkę, oczywiście z jedynym słusznym 1.8 16 S. Białe Clio. Pełny cywil. Rwało do przodu tak, że juz podczas próbnej jazdy pod domem sprzedającego... zabrakło benzyny.
Wiosną 1994 r. zadzwonił do mnie mój przyjaciel z Rzeszowa, Roma Wrona. Ponieważ przeżyliśmy mnóstwo wspaniałych momentów wygrywając i balując razem na rajdach oraz wyścigach górskich, nie miałem wiekszych skrupułów oddając mojego "prawie" Williamsa w ręce mechaników. Podpisaliśmy pierwszy w życiu prawdziwy kontrakt z Elfem (choć w pierwszej wersji miał to byc team Renault-Elf). Za kierownicą usiadł Romek, zaś ja na prawym. Miało być grubo i pięknie. Na początek polataliśmy trochę na Mucharzu. Dobre czasy, sporo przygód, wielkie nadzieje na sezon.

W latach 94 i 95 klasa N3 była niezwykle liczna, dość wyrównana i pełna znakomitych kierowców. To właśnie w N3 rozwinął sie talent Janusza Kuliga. Jeśli ktoś nie znał do tej pory Leszka Kuzaja, to musiał być pod wrażeniem jego popisów. Jemu też siódemka nie sprzyja o czym wielokrotnie się przekonał. Na Rajdzie Krakowskim po dzwonie na OS-7 kibice stawiający Williamsa Kuzaja nie zauważyli, że Zbyszek Baran chce wysiąść i... noga trrrach.
W 1994 r. klasą dla siebie był Robert Kępka jeżdżący z Klaudiuszem Rakiem, którego w 2010 r. pokonała nieuleczalna choroba. Szybki był Jacek Jerschina w Peugeocie 309 GTi,  Jerzy Pajdak w Williamsie, Waldemar Malinowski i Krzysztof Wołkowyski w Kadettach. W połowie 94 r. pojawili się Jarosław Pineles w Astrze i zawsze punktujący Michał Rej w Nissanie, którego sprzęt bił nasze Renówki niezawodnością na głowę. W następnym sezonie z klasy A7 do naszej N3 przeniósł się Piotr Świebioda. Tu również zagościł Jerzy Dyszy w bardzo dobrze mi znanej Cliówce. My dostaliśmy drugą życiową szansę, czyli Rafineria Jedlicze kupiła nam Williamsa po Robercie Kępce. W Rajdzie Wisły zadebiutowała załoga Tomasz Kuchar - Jarosław Buczek w Astrze i zajęli V miejsce w klasie. Janusz Kulig też zajął V miejsce, ale w generalce. On już wtedy A-grupowym Oplem dobierał się do skóry Cezarego Fuchsa w Escorcie Cosworth'cie.

W kalendarzu RSMP pojawił sie słowacki Rajd Gemer. Było to dla wszystkich arcytrudne wyzwanie. Zupełnie nowe dla wszystkich oesy. Mimo nieograniczonego czasowo treningu mozna powiedzieć, że znacznie wiekszą rolę musieli spełniać piloci. Przecież wielu naszych kierowców może pojechać z pamięci Walim - Rościszów, czy Michałkową. A tu tyle nowego i trudnego. W zamian otrzymaliśmy niezwykłą gościnę u miejscowych i nowe wyzwanie na trudnych trasach. Do dziś nie wiemy co tak naprawdę "niefungowało" w elektronice naszego Williamsa. Rozkraczył się na dojazdówce przed pierwszym oesem. I sam sie naprawił po rajdzie...
"Karierę" zakończyłem u boku Jacka Sikory w Lanosie...

 
Copyright 2016. All rights reserved.
Wróć do spisu treści | Wróć do menu głównego