Moje Prząśniczki - Hamulce Net

Przejdź do treści

Menu główne:

Moje Prząśniczki

O nas

Moje PRZĄŚNICZKI...
Kiedy zaczynałem swoją długą przygodę z rajdami, pod koniec lat 60-tych w moim mieście najważniejszą imprezą był Finał Rajdów Regionalnych.
To odpowiednik obecnej naszej drugiej ligi, ze sporym udziałem najlepszych polskich kierowców. Latka lecą a ja wciąż pamiętam trasy prowadzące z Łodzi w okolice Kielc, z Miedzianą Górą włącznie. U nas królowała "Przecinka" odcinek krótki w Lesie Łagiewnickim, z kilkoma rodzajami nawierzchni, ale niezwykle urokliwy i wymagający. Oczywiście nie mogło zabraknąć próby wyścigowej na Lotnisku Lublinek, ścigano się również na ulicach Teofilowa, a dla urozmaicenia w trasę wplecione były typowe zręcznościówki.
Na przełomie  lat 60-tych i 70-tych reprezentanci Automobilklubu Łódzkiego odnosili spore sukcesy w mistrzostwach Polski. Gorzej było z organizacją wielkich rajdowych imprez. Kiedy za sterami Komisji Sportu AŁ zasiadł mój nauczyciel rajdowego rzemiosła, Wincenty Zbierkowski, pojawiła się idea reaktywacji jednego dużego i ogólnopolskiego rajdu. "Wicek" wymyślił nazwę Prząśniczka i tak od 1976 r. datuje się historia tego rajdu. Stało się to możliwe dzięki powołaniu Rajdowych Mistrzostw Stref, czyli zawodów dla zaplecza RSMP.

Pierwszą Prząśniczkę wygrała załoga Wojciech Gołębiowski - Kazimierz Kolinka, startująca Fiatem 126p. Drugie miejsce przypadło Grzegorzowi Jęczkowi i Michałowi Sułkowskiemu (Fiat 125p), a trzecie Tadeuszowi Timlerowi i Lechowi Wójcikowi (Fiat 127p).


W Rajdach Prząśniczka robiłem wiele różnych rzeczy. Układałem trasy, byłem kierownikiem mety oesu, wicekomandorem. Najlepiej wspominam jednak start w 1986 r. To była przedziwna sytuacja. Mieliśmy z moim pilotem, Mikołajem Madejem zapewniony tytuł w Rajdowych Mistrzostwach Strefy. Ale jak tu nie jechać na własnych śmieciach ? Trzeba było i już ! Trening zakończył się u spawacza. Wyleciały w powietrze oba górne mocowania amortyzatorów. W innym miejscu, smutni panowie zabronili nam przejazdu odcinka z powodu... (nikt w to dzisiaj nie uwierzy) polowania dewizowego w Lasach Spalskich. Słowem - dramat. Wahałem się czy startować w rajdzie, którego trasę ledwie liznęliśmy. "Miki" zabrał więc chyba jeden z najcieńszych kajetów w życiu i ruszyliśmy.
Jak to zwykle u mnie bywało, perwszy OS oddaliśmy rywalom. To był tylko prolog a strata do odrobienia. Tylko jak ? Następnego dnia dostawaliśmy lanie i w połowie rajdu meldowaliśmy się na przerwie z szóstą lokatą. Półmetek był w Ujeździe. Zapytałem więc pilota o zgodę na wycofanie się z tej nierównej walki. Poszło chyba o brak ciepłych kurtek, a było dość listopadowo. No to jak nie mamy w co się ubrać to jedziemy. Po trasie. Pod Ujazdem na pierwszym z powtarzającyh się odcinków chyba wygraliśmy. Pamięciówka. Przecież jechaliśmy już drugi raz ! Dorzuciliśmy kolejne zwycięstwa i tak dojechaliśmy do Rydzynek pod Tuszynem. Podczas pierwszego przejazdu pewien młody, dobrze zapowiadający się zawodnik, obecnie czołowy kierowca wyścigowy "ogarniający" kilkusetkonnego Porszaka, Mariusz Tomasz Miekoś przywalił w słup i odciął zasilanie w prąd całej wiosce. Ja miałem właśnie w Rydzynkach działkę i skutki tego dzwona kosztowały mnie rozmrożenie sporej ilości deficytowego wówczas mięsa w zamrażarce. Plotka mówi, że nie mam co narzekać. "Miękki" wyłączył też prąd na fermie kurczaków i chyba dostały z przeziębienia gorączki, bo wszystkie wyzdychały...
Ale dla nas ostatni OS miał być prawdziwym sprawdzianem możliwości, talentu i woli walki. Krótko mówiąc, była to jedyna dobrze mi znana trasa. Atakowaliśmy już z drugiej lokaty. Po części dlatego, że naszym rywalom zaczął się psuć sprzęt. A my przecież jechaliśmy pierwszą pętlę jak emeryci, więc nic się nie psuło. Pojechałem wszystko, na co mnie było stać. Ostatni prawy przed metą "mocno ciąć" potraktowałem dosłownie. Szczęście, że oberwane (oczywiście stroną pilota) lusterko nie zrobiło Mikiemu krzywdy. Uff. Rajd zakończyliśmy z 6-cio sekundową przewagą. Imprezowaliśmy do rana w Hotelu Centrum.
Z tego rajdu jest jeszcze jedna anegdota. Mikołaj podyktował mi na oesie w Spale jakiś wolny fragment typu P2 -> L2. To był opis niedoskonały, głównie za przyczyną jego braku. Tzn. przejechaliśmy wolniutko jeden raz i coś tam podałem do podyktowania. Jak wpadłem w trans odrabiania strat, to przejechałem dokręconą trójką te dwa haki. Czekam na dyktando pilota a tu cisza. Miki dyktuj ! A on mi na to: czekam na te dwa dwójkowe. Wrzasnąłem tylko, że już były...

 
Copyright 2016. All rights reserved.
Wróć do spisu treści | Wróć do menu głównego